środa, 21 października 2009

Wpis nie dla Babci

czemu nie dla Babci? ano ze wzgl. na aktywność Kubusia i brak reakcji mamy. bo co Kubuś robi na poniższych zdjęciach? konsumuje kaszę bezpośrednio z podłogi. kaszę oczywiście na surowo...
a tymczasem w piekarniku...

Maks po raz pierwszy

ponieważ udało mi się już pozyskać pierwsze zdjęcia Nowego Obywatela Holandii, natychmiast tu zamieszczam (pomijając pytanie o zgodę, przyjmując odpowiedź twierdzącą za pewnik :-))
...
jakoś mi zbrakło słów komentarza :-)

wtorek, 20 października 2009

Jest z nami Maks!

tak, niejeden Maks już z nami jest, ale teraz, od wczoraj, jest z nami zupełnie nowy Maks!!! urodził się wczoraj, w swoim domu i ma już dobę. jest wieeeelki (3980) i zdrowy i nie możemy się już doczekać, żeby go zobaczyć.
gratulacje dla Rodziców, buziaki dla Tosi i wielkie przytulanki dla Maksa!

czwartek, 15 października 2009

Aktywny czwartek

dziś biegaliśmy z Kubusiem wte i we wte, co pozwoliło nam upiec wiele pieczeni przy jednym ogniu.

po pierwsze: odbyliśmy wizytę w IMiD, dzięki czemu znów usłyszałam, że - pomijając alergię na niewiadomoco - Kubuś jest okazem zdrowia i to jest zdecydowanie komunikat, który mogę słyszeć nawet codziennie, nawet jeśli sama widzę, że jest dobrze. Kubuś urósł, przytył, zwiększył mu się obwód głowy... a, i nie pisałam jeszcze, że przebiła mu się druga górna czwórka. to razem 10 :-)

po drugie: pojechaliśmy do Marcina do pracy, co było bardzo przyjemnym doświadczeniem, jako że zapach starych książek jest dla mnie miłym zapachem, a na kurz chyba żadne z nas nie jest uczulone. od Marcina odebraliśmy komplet poGuciowej odzieży zimowej, dzięki czemu zima nam niestraszna! a biorąc pod uwagę, że w drodze do lekarza udało mi się kupić Kubusiowi zimowe buty (jakaś wielofunkcyjna jestem dzisiaj!), Kuba jest prawie całościowo przygotowany do kolejnego ataku zimy - został nam jeszcze zakup czapki i ciepłych skarpet.

po trzecie: zaproszeni przez Basię, pojechaliśmy na (a właściwie przed) otwarcie WIP-u. nooo... byłam pod wrażeniem ośrodka, życzę, żeby wszystkie inne aspekty funkcjonowania tego miejsca były równie udane!

no i znikąd nie mamy zdjęć. uznałam, że kurtki, torby, jedzenie wystarczą - nie będę dźwigać aparatu. teraz trochę szkoda...

a jak tak sobie jeździliśmy, miałam sporo refleksji na temat tego, co można robić, prowadząc jednocześnie samochód.
otóż można:
zakładać i zdejmować sobie oraz pasażerowi na głowę i z głowy: okulary przeciwsłoneczne, opaskę na włosy, czapkę, papierowy kubek do kawy, balon bez powietrza i parę innych rzeczy;
zakładać pasażerowi buty (to akurat doskonale świadczy o butach!);
wydawać z siebie dźwięki imitujące ryk silnika formuły 1, a w szczególności przyspieszanie i gwałtowne hamowanie;
zadawać tysiące pytań o to, jak robi lew, kotek, kogut, piesek...
napadać paszczą na pasażera, imitując gryzienie;
podrzucać plastikowego pieska, a potem poszukiwać go na podłodze, po tym, jak podrzucił go pasażer;
udawać prowadzenie rozmowy telefonicznej przez zabawkę do złudzenia przypominającą telefon komórkowy (rozmowy przez prawdziwy telefon prowadząc przy użyciu zestawu głośnomówiącego...);
jeździć drewnianym samochodzikiem po suficie...
no i wiele innych, ale kto by spamiętał?
jak macie inne aktywności, to dorzućcie w komentarzach.

my tymczasem znów przepadamy na 4 dni - tym razem jedziemy do stęsknionych Dziadków.

Wczoraj

tytuł tego posta miał brzmieć "dzisiaj", ale jakoś tak zeszło, dzięki nieuprzejmości Netii, która uniemożliwia nam korzystanie z internetu. z góry uprzedzam, że do końca października właśnie tak będzie.
wróćmy więc do tego, co wczoraj. ci, co w promieniu 600 km wiedzą, ci, co dalej, mogą się nie orientować. zdjęcie poniżej nie jest nieostre. tak wyglądał u nas wczorajszy poranek.
tak było kilka godzin później.
właściwie nie wychodziliśmy wczoraj z domu. a to z powodu śniegu i okropnego wiatru, ale głównie z powodu braku adekwatnej odzieży. Kubuś ma tylko kurtkę późnoletnią, jakoś nieadekwatną do temperatury 0 stopni, jaka nas wczoraj zaskoczyła. tzn. miał, bo dziś pozyskał komplet odzieży zimowej od Gucia, za co jesteśmy szalenie wdzięczni!

podczas tej zimowej napaści próbował się u nas schronić kot:
Kubuś wtedy spał, ale kot był miły i zaczekał, aż się Kubuś obudzi:

za względu na Bardzo Groźnego Dobermana kotka nie wpuściliśmy, jedynie go dokarmiliśmy

środa, 14 października 2009

Prawdziwy przedszkolak

i kolejna oficjalna funkcja społeczna Kubusia: po obywatelu został przedszkolakiem! uroczystość pasowania zaszczycili swą obecnością Dziadkowie, a przejęta sytuacją mama nie dostrzegła, że źle zamocowała lampę błyskową :-)
tak więc zdjęcia może nie najlepszej jakości, ale trudno!

Ciocia Agata wygłaszająca krótką przemowę do rodziców:
starszaki (nienajlepiej, niestety, widoczne) podczas występu
i Kuba, oczekujący na spadający ołówek (ołów właściwie)
i samo pasowanie - widzicie, jaki dzielny?
Kubuś miał wyglądać jak smerf, a moim zdaniem wyglądał bardziej jak anioł - jak myślicie?
i już po. to chyba gratulacje? nie wiem, bo nie słyszałam, a Kuba nie zdradza szczegółów rozmowy... on jest taki dyskretny!
a tu już Babcia uratowała go przed samotnością w tłumie. nietrudno rozstrzygnąć, kto jest bardziej dumny z dyplomu...
a po części oficjalnej Kuba spędzał czas ze swoim ulubionym pojazdem:
w ogóle nie chciał wychodzić, dzięki czemu załapał się na zdjęcie z Kadrą :-)
i tu całość przesympatycznej Kadry Pępka Świata:

Ja

że to jest niby blog Kubusia? no tak, ale to JA tu piszę różne rzeczy. i o mnie też będzie. jak kogoś interesuje tylko słodki dzidziuś (?!), może ten post pominąć.
bo ja...
ja wczoraj wieczorem pojechałam sama do Warszawy do kina (nie umiem tu znaleźć podkreślenia, a słowa "wieczorem", "sama" i "do kina" powinny być podkreślone. po namyśle stwierdzam, że "pojechałam" też. może nawet podwójnie). normalnie wsiadłam w samochód i pojechałam. jak to było? jak pływanie w oceanie... boskie... z innego świata...
muzyka była bardzo głośna. bardzo głośna. ja też. języki w użyciu trzy, a właściwie jeden polsko-angielsko-rosyjski, uzupełniany moim. najgłośniej brzmiało "łoooooo łooooo łoooooo". na kierowców obok nie patrzyłam.

Ci przede mną jakby... się rozstępowali... to znaczy te samochody tak zjeżdżały na boki... korek był w przeciwną stronę... no, nie do opowiedzenia, mówię Wam!
miejsce parkingowe pod kinem oczywiście tuż przy wejściu - rezerwacja chyba gdzieś w niebie...

a film? nic lekkiego. Podziemne państwo kobiet. pewnie nie raz o nim usłyszymy - wyraźny głos w dyskusji dot. ustawy antyaborcyjnej. film będzie wędrował po miastach i (miejmy nadzieję) miasteczkach, więc jak kto ciekaw, będzie miał szansę obejrzeć. mnie równie bardzo zainteresował panel dyskusyjny (dyskusja panelowa? w każdym razie uczestniczyły w nim panie "panelistki"), więc zostałam tam naprawdę długo. i co? i zdumiałam się bardzo, a w zdumieniu tym pozostaję do dziś, że środowisko, które wyobrażałam sobie jako otwarte, tolerancyjne (określające siebie jako "pro choice") przejawiało tak wiele agresji, było tak niechętne słuchaniu... to głównie młodzi ludzie i między innymi dlatego mnie to tak zasmuciło. nie dostrzegłam tam zbyt wiele możliwości prowadzenia dialogu, raczej chęć zwierania szyków i utwierdzenia się w swoich przekonaniach. naprawdę jestem zadziwiona.
za to wzrósł mój podziw i szacunek dla pani Agnieszki Holland, która głośno i spokojnie mówi rzeczy, które uważam za bardzo prawdziwe, dostrzega złożoność problemu, a także realia, w jakich funkcjonujemy i wydaje się, że nie zwodzi jej żadna ideologia (przynajmniej w tym zakresie). niestety jej głos został zakrzyczany i tak zapewne dzieje się na szerszym forum, kiedy ścierają się poglądy działaczek popierających liberalizację ustawy i przeciwniczek takiego podejścia. albo jest jeszcze ostrzej...
temat spostrzegam jako bardzo trudny i bardzo się cieszę, że taki film powstał, bo zapewne będzie prowokował do myślenia o problemie, który jest znacznie bardziej powszechny, niż przyszłoby mi to do głowy.

kiedy - pełna przemyśleń - dotarłam do domu, Kubuś słodko spał, świat się nie zawalił, a ja jakby bardziej czułam, że żyję.

w związku z czym dziękuję:
Rodzicom - że zajęli się Kubusiem, jak wychodziłam;
Markowi - że zajął się Kubusiem, zanim przyszłam;
Kubusiowi - że tak radośnie mi machał na pożegnanie, co sprawiło, że do Warszawy poleciałam leciutka jak motylek... :-)


ps. a jak kogoś zafrapowała muzyka (no bo nie, żeby się od razu spodobała!), polecam film Wristcutters. A love story. ja lubię ten klimat. dziękuję, em!

poniedziałek, 12 października 2009

Maks i Poznań

znowu zniknęliśmy. tym razem z powodu spontanicznego wyjazdu do Poznania. wyjazd niestety nie należał do udanych (z powodu zdrowia, pogody i nastroju), ale na szczęście dobiegł już końca, więc mogę napisać tu to i owo.

ale ale! zanim pojechaliśmy do Poznania, mieliśmy bardzo miłą wizytę: przyjechał Maks z Mamą (i Siostrą!). i to była bardzo dobra wiadomość. gorsza zaś była taka, że Ola prawie prawie do nas dojechała, a w końcu z powodu zawirowań komunikacyjnych utknęła o krok niemalże od nas :-( wierzę, że następnym razem będzie lepiej!
a tymczasem zdjęć kilka bawiących się chłopców:
kto powiedział, że roczne dzieci (no, z kawałkiem...) nie bawią się razem?? :-))

a potem Poznań.
w Poznaniu bywamy rzadko, więc na początku zawsze trzeba posprzątać:
gdyby nie Kuba, zajęłoby to nam oczywiście dużo więcej czasu.
więc w nagrodę dostał to, co bardzo lubi:
oto jego mina, kiedy ogląda wodę skaczącą w fontannie:
a tutaj karmi fontannę chrupkami.
w tle siedzą trzy gracje, które przed chwilą uwodził :-) jak widać, nie ma kompleksu młodego wieku...
a tu akrobacje i wariacje na temat siedzenia i siadania:
w kontakcie z młodszymi obywatelkami Kuba staje się osobą pasywną - to koleżanka przejawiała inicjatywę w kwestii nawiązywania kontaktu oraz trzymania się za ręce:
tym razem Kuba uprawiał jakieś końskie zaloty...
a tu całokształt tego przystojniaka:
tam stał dobre kilka minut w skupieniu i w milczeniu, przyglądając się jak jakiś pan wypakowuje z samochodu wózek:

niedziela, 4 października 2009

Niedziela

niedziela to święto, więc pozwoliłam sobie nie wziąć ze sobą aparatu fotograficznego. byłoby co fotografować, ale muszę przyznać, że komfort przebywania z Kubą bez presji związanej z wynajdywaniem najlepszych ujęć jest ogromny! to jest inny, spokojniejszy czas. no i lżejszy (mój aparat nie jest taki znów malutki).
tak więc dziś oddaję głos TACIE i umieszczam tu filmik zrobiony przez niego jego nowym gadżetem.
w nagraniu Kuba prezentuje część swoich umiejętności, za to robi to naprawdę słodko. ja uwielbiam kotka. zwróćcie uwagę, co on robi przy kotku z oczyma...

no i szkoda, że nie powiedział "Stefa"! zdziwilibyście się...

sobota, 3 października 2009

Zdrada

na godzinę zdradziłam dziś z Kubusiem moją ulubioną szwedzką markę i udaliśmy się na Paradę Zabytkowych Citroenów. mam nadzieję, że w zostanie mi to wybaczone i moja rakieta nie rozpuknie się z zazdrości na pierwszym zakręcie...
sami chyba przyznacie, że pokusa była spora...

Smutno

to trochę nie na temat, a trochę bardzo na temat. bo na kim ma się wzorować Kubuś, jak będzie dorastał? na nas? no dobrze, to mi odpowiada, chciałabym jednak, żeby znalazł też inne autorytety. takie, którym ja nie dorastam do pięt.
teraz odszedł kolejny, zmarł Marek Edelman.
ilu ich, Wielkich, jeszcze zostało?
jakoś nie widzę ich następców.
nie chodzi mi o to, że wykazać się można jedynie w czasie wojny. może ten czas tylko doszlifował ich charaktery, a nam - z perspektywy czasu - w kontrastowych barwach pokazuje ich wielkość. ale w czasach pokoju też powinni być tacy ludzie. czyści moralnie. ale jakoś ich nie widzę. media ich nie promują, bliżej siebie też nie dostrzegam. mam nadzieję, że tylko nieuważnie patrzę.

Biosfeera

dziś obiad w Biosfeerze.
tuż po wejściu poprosiłam kelnerkę o wrzątek do podgrzania słoiczka, od razu powiedziałam, że w nieco wyższym naczyniu, bo słoiczek nietypowy, wysoki.
pani w następnej minucie przyniosła idealne naczynie z idealną ilością wody! (zapomniałam zrobić zdjęcia)
czemu o tym piszę? ponieważ to moja standardowa prośba na wejściu, a potem kombinuję, turlając słoiczek w jakimś talerzu, żeby się choć trochę ogrzał lub w ogóle rezygnuję z ciepłego posiłku Kuby. ostatnio np. w knajpie, dla której "dzieci są Najważniejszymi Gośćmi" pani wytwarzała wrzątek około dziesięciu minut i przyniosła go w miseczce. pełnej. jakoś nie pomyślała, że jak ja tam coś dodam, to coś też ubędzie... a jak już odlała, to mogłam wreszcie zanurzyć słoiczek... do połowy. bo to taka miseczka.
tak więc brawa dla Biosfeery! polecam to miejsce!

a na zdjęciu dzisiejsza sprzeczka nr 1. o krzesełko. krótka i bez dużego zaangażowania.
a w tym właśnie miejscu odbyła się sprzeczka nr 2.
również krótka, ale z dużym zaangażowaniem. moim.
nad Kubusiem stał znacznie starszy chłopiec i gwizdał Kubie do ucha. gwizdkiem gwizdał, a nie tak sobie pogwizdywał. też już miałam go gwizdnąć, ale w końcu zabrałam przestraszonego Kubę i poszliśmy gdzie indziej.
poszliśmy na górkę, z której trzylatki zjeżdżają na deskorolkach!!! tak mnie zatkało, że aż nie wyjęłam aparatu. takie maluchy!

Wczoraj siedem, dzisiaj trzy

kotletów. tyle Kuba zjadł.
wczoraj w dwóch turach, dzisiaj w jednej. więcej mu po prostu nie dałam, bo nie było. może wtedy tytuł posta brzmiałby "wczoraj dziewięć, dzisiaj jedenaście"??

piątek, 2 października 2009

Towarzyski piątek

tak się jakoś wspaniale ułożyło, że w tym tygodniu nie tylko środa towarzyska.
dziś Kubuś nie poszedł do przedszkola, ale nie stracił aktywności z innymi dziećmi, bo przyjechała do nas Ola z mamą!
ja byłam zachwycona!
Ola chyba też, a Kubuś co najmniej bardzo zadowolony.

ku własnemu zdumieniu udało mi się nawet poczęstować Gości stosunkowo ciepłym posiłkiem!
Oli smakował!
a Kubusiowi musiałam przynieść z poddasza, samochodzik, bo...
...rowerek był okupowany przez całą wizytę :-)
okazało się, że w kwestii okołomotoryzacyjnej Ola ma zainteresowania stereotypowo przypisywane chłopcom. ale nie jest to prosta osobowość, o nie! już po chwili ochoczo przerzuciła sobie przez ramię torebkę, żeby zadać szyku przed Kubusiem:
a ja skorzystałam z tej wspaniałej okazji, żeby zrobić sobie małe święto.
pyszny obiad, w połowie zjedzony z Dianą i dziećmi, lody i kawa z mlekiem! nieźle, co? gorąco polecam!!! znów okazało się, że "święto" to jedynie kategoria mentalna

Lew

dzięki wspaniałemu pomysłowi Kubusia, który wczoraj, leżąc na moich kolanach, pokazywał, jak robi lew, zobaczyłam, że... Kubusiowi wyrosła już czwórka!
choć proces rośnięcia bywał bolesny, samo wyrośnięcie przeszło chyba bezboleśnie, bo oboje z Tatą w ogóle go nie zarejestrowaliśmy.
tak więc jest 9 do szorowania!

Uratowani!

już miałam napisać, że jesteśmy uratowani, kiedy uświadomiłam sobie, że to Wy jesteście uratowani, kochani Czytelnicy! bo my od czasu do czasu sobie te filmiki oglądaliśmy. a teraz i Wy w chwili depresji będziecie mogli tu zajrzeć dla rozrywki :-)
a to wszystko dzięki Arturowi, który uratował nas przed ciągłym obcinaniem Kubusiowi głowy i stóp podczas kompresji plików. teraz już systematycznie będziemy mogli prezentować Wam Kubusia w ruchu. dziękujemy, Artur!

prezentacja odbędzie się achronologicznie. najpierw jedno z najnowszych osiągnięć Kubusia - choć tym razem niedokończona, to jednak sprawna wspinaczka na krzesełko:

nad zamieszczeniem kolejnego filmiku zastanowiłam się kilkakrotnie, ale niech będzie!
przedstawia on pewną cechę Kubusia odziedziczoną po mamie... (choć nie jest to powodem do dumy!)

a na deser film dydaktyczny. o tym, że aby osiągnąć cel, trzeba systematycznie trenować... (choć czasem nawet systematyczne działanie nie przybliża celu ani o milimetr i to też jest ważna nauka...):

środa, 30 września 2009

Środa - dzień spotkań

dziś narodziła nam się nowa świecka tradycja. zgodnie z nią środy przestają być zwykłym dniem przedszkolnym, a stają się dniem towarzyskich spotkań. głównie mamy. ale Kubusia też.
pierwsze spotkanie wyglądało tak:
ta księżniczka to oczywiście piękna Helena, jeśli ktoś jeszcze nie poznaje :-)
tu przygotowania do posiłku. i pierwsze zaczepki. szybko!
czworo oczu wpatrzonych w Kasię:
ostrożna przymiarka...oswajanie zwierza...i.. klasyczne patataj! tzn. bujubuj raczej...
a tu już na placu zabaw. Kuba pokazuje, jak robi Lew, Kasia się przestrasza (?), a Lena zachowuje zimną krew. jak ją znam, to się uczy
a to ewenement placozabawowy: instrumenty muzyczne! Kuba gra na czymś:
na czymś jeszcze innym:
a Hela na trójkącie:
a tu oboje poznają ten pierwszy instrument (jaki?):
spotkanie zaliczam do wielce udanych! gadałyśmy ze cztery godziny, w tym ROZMAWIAŁYŚMY ze trzy!! dawno już tyle nie rozmawiałam!


aha, w knajpie z cytatami na ścianach Kasia zrobiła jakieś mało ostre zdjęcie obejmujące napis: "być szalonym przy zdrowych zmysłach"... zastanawiam się, czy to się aby nie odnosi do naszej sytuacji macierzyńskiej... a może jest dokładnie odwrotnie? bo te zdrowe zmysły jakoś mi się nie zgadzają...